Warszawskie kapliczki podwórkowe


Link | 29.01.09 | mok | (1)



Podwórko-studnia. Ciemny krąg ludzi skupionych wokół jaśniejącej w mroku kapliczki. Słowa cichej, lecz żarliwej modlitwy… Tak mógłby wyglądać obrazek typowego wieczora warszawskiej kamienicy lat okupacji. To właśnie wówczas, szczególnie zaś począwszy od wiosny 1943 roku, w cieniu bram i wysokich murów śródmiejskich, mokotowskich czy praskich domów rozkwitać zaczęły małe ołtarzyki z obrazkami i figurami świętych, a zwłaszcza otoczonej w Warszawie szczególnym kultem Matki Boskiej - patronki AK i Powstania Warszawskiego. Pojawiały się jednak także kapliczki z wizerunkami Jezusa czy też Świętej Barbary - opiekunki Podziemia Walczącego. Niekiedy zdarzał się nawet zupełnie świecki biały orzeł na czerwonym tle, tak jak na Solcu, czy jeszcze bardziej świecki posążek nagiej kobiety, tak jak na ulicy Chmielnej. Ukwiecone i przyozdobione kolorowymi lampkami roztaczały opiekę nad domownikami, służąc także jako miejsce wspólnych modlitw, gdy podczas godziny policyjnej wyjście poza magiczny krąg kamienicy groziło niebezpieczeństwem. Wznoszono je jako dowód wdzięczności za otrzymane łaski, ale także upamiętniając miejsca śmierci poległych warszawiaków. Czasami też spełniały zgoła inne funkcje. Zdarzało się bowiem, że bywały skrzynkami kontaktowymi, w których zostawiano wiadomości oraz broń. I choć tradycja tak typowych dla Polski i Warszawy kapliczek sięga czasów o wiele wcześniejszych, czego dowodem są stojące na obrzeżach miasta figurki datowane nawet na XVIII i XIX wiek, to właśnie II wojna światowa na trwałe wpisała je w miejski krajobraz stolicy, sprawiając, że do dziś dnia są nieodłączną częścią jej folkloru. Przetrwały ciemne lata nieprzychylnego tego typu przejawom religijności komunizmu, przeżywając swój rytualny renesans w dniach stanu wojennego. I mimo że dziś nie są już miejscem wieczornych spotkań warszawiaków, nie odprawia się przy nich mszy ani nie udziela ślubów jak w czasie Powstania Warszawskiego, to spacerując ulicami starych dzielnic wciąż natykamy się na kolorowe perełki, otoczone mniejszą lub większą opieką domowników. Według pobieżnych szacunków w Śródmieściu Warszawy zachowało się do dziś około 60 kapliczek. Na Pradze jest ich zaś aż około 800, czyli więcej niż w całym Rzymie! Wiele z nich na nowo odzyskuje swój dawny blask. Wciąż wznoszone są też nowe kapliczki i tylko świece ustępują miejsca energooszczędnym żarówkom. Żadna z nich nie jest identyczna. Każda jest inna, a wszystkie wyjątkowe w swojej różnorodności.

Jak wiele by jednak nie pisać o patronkach stołecznych kamienic, ich urok w pełni docenimy dopiero zagłębiając się w sieć warszawskich ulic, zaglądając w ciemne bramy i tajemnicze kwadraty podwórek, by często w najmniej spodziewanym miejscu dać się zaskoczyć czekającym tam na nas świętym.

Zobacz to miejsce na mapie

Poczytaj o innych miejscach w Warszawie


Niebotyki


Link | 30.01.09 | śró płn | (2)




Żo(L)iborz


Link | 31.01.09 | żol | (3)




Warszawskie podwórka


Link | 02.02.09 | śró płd | (3)



O warszawskie podwórka… zacząłby Tyrmand. Obudowany ścianami domów kwadrat przestrzeni, choć typowy dla tzw. „kamienic berlińskich”, mieszkańcom Warszawy chyba zawsze wydawać się będzie wyjątkowy i charakterystyczny tylko dla własnego miasta. I nawet jeśli to nieprawda, to nie sposób do końca poznać duszy Warszawy nie odwiedzając jej podwórek i nie wsłuchując się w bijące tam podskórne tętno miasta.
Pierwszych warszawskich podwórek doszukiwać możemy się już w średniowieczu, kiedy uliczki gospodarcze położone na tyłach staromiejskich kamienic rynkowych, takie jak Piwna czy Krzywe Koło, zaczęto zabudowywać, tworząc w zamkniętej w ten sposób przestrzeni otoczone gankami dziedzińce. Wraz z rozlaniem się zabudowy mieszkalnej poza mury Starego Miasta ówcześni budowniczowie, mając pod dostatkiem wolnej przestrzeni, mogli pozwolić sobie na nie zabudowywanie tyłów domów. I tak w XVIII wieku wykrystalizował się model kamienicy z prowadzącą na jej tyły przejezdną bramą po środku. Dopiero zagęszczenie budownictwa w centralnych dzielnicach w pierwszej połowie XIX wieku zmusiło architektów do zwiększenia liczby kondygnacji i dobudowywania bocznych oficyn na tyłach kamienic. Pod koniec stulecia połączono je dodatkowo poprzecznym skrzydłem, tworząc znane nam dziś podwórka-studnie, tak typowe dla przedwojennego krajobrazu miasta. Niekiedy układ ten powtarzał się raz jeszcze w głębi posesji, przez co jeden dom mógł mieć dwa, a nawet trzy podwórka. Te zaś stanowiły centrum mikrokosmosu, którym była w owych czasach warszawska kamienica. Tu prawdziwe monodramy odgrywali oferujący swój towar bądź usługi piaskarze, szklarze, szatkownicy kapusty, akrobaci, węglarze, bednarze, kotlarze, koszykarze, szlifierze, żydowscy handlarze tandetą, rosyjscy lodziarze i słowaccy druciarze… O tło dźwiękowe dbały natomiast czeskie harfiarki, włoscy kataryniarze i wreszcie uliczne orkiestry, opłacane przez mieszkańców rzucanymi z okien moniakami owiniętymi w papier. Podwórko spełniało więc kiedyś funkcję dzisiejszego centrum handlowego, i to w dodatku z zagranicznymi sklepami! A do tego było jeszcze placem zabaw, miejscem spotkań i wreszcie kościołem w czasie Powstania Warszawskiego.
Dziś w Śródmieściu, na Pradze i na Woli ucichł już ten gwar, a podwórka starych kamieni, które przetrwały wojenną zawieruchę, stały się skansenem dawnego miasta – niekiedy nieco odstraszającym, niekiedy zachwycającym swym tajemnym urokiem, lecz zawsze typowo warszawskim. Bo nigdzie nie ma takich podwórek jak w Warszawie!

Zobacz to miejsce na mapie


Leguminowa pięść


Link | 03.02.09 | mok | (5)



Zobacz to miejsce na mapie


Dziesiąta z minutami na Dworcu Śródmieście


Link | 04.02.09 | śró płn | (1)



Zobacz to miejsce na mapie


Willa Pniewskiego, Aleja na Skarpie 27


Link | 05.02.09 | śró płd | (2)





W Neapolu krew świętego Januarego zamienia się w świąteczne dni z zakrzepłej w płynną. Podziwiający ten cud neapolitańczycy wiwatują. W Warszawie krew zakrzepła na zawsze. Krew nieznanego powstańca na posadzce klatki schodowej Willi Pniewskiego. Tego misterium nie ogląda prawie nikt, bo mało kto wie o tej niezwykłej pamiątce z 1944 roku.
Dzisiejsza siedziba Muzeum Ziemi to dawny pawilon Ogrodu na Skarpie, należącego do księcia Kazimierza Poniatowskiego, mieszczący w późniejszym czasie także lożę masońską i muzeum ornitologiczne, a w latach 30. XX wieku gruntownie przebudowany przez architekta Bohdana Pniewskiego na willę własną.
W czasie okupacji urzędowali w niej Niemcy, a w pierwszych dniach sierpnia 1944 roku zajęła ją kompania „Redy” batalionu „Miłosz”. Przez kolejny miesiąc broniła biegnącego tędy jedynego połączenia Śródmieścia z Czerniakowem. We wrześniu zmienił ją na tym stanowisku pluton „Torpedy” batalionu „Miotła”. W połowie miesiąca Niemcy nasilili natarcie czołgami od strony Sejmu oraz ostrzał z pobliskiego gmachu YMCA, zdobywając w końcu willę i odcinając od siebie dwie sąsiednie dzielnice. Ostatnimi, którym udało się w kilka dni później wydostać z piekła Czerniakowa i przebić do Śródmieścia było kilku „Zośkowców” pod komendą samego dowódcy batalionu Ryszarda Białołusa „Jerzego”. Udając rannych Niemców, w zuchwały sposób przedarli się przez zaporę willi.
To właśnie w tamtych wrześniowych dniach nieznany z nazwiska powstaniec, obsługujący przeciwpancernego PIATa, złożył tu daninę z własnej krwi, która na zawsze wsiąkła w marmurową posadzkę półpiętra, sącząc się strużką pod dywanem przykrywającym dziś schody. Przez wiele powojennych lat plama nie dawała się niczym wywabić. Dopiero w 1978 roku badacze z Instytutu Kryminalistyki potwierdzili jej pochodzenie, a w dwa lata później na ścianie klatki schodowej zawisła tablica pamiątkowa. Po kolejnych dwudziestu latach ślady krwi zabezpieczono szklaną taflą. Ta niezwykła pamiątka to chyba najbardziej wymowny dowód poświęcenia warszawskich powstańców.
Inny tajemniczy ślad znajdziemy na samej fasadzie willi. W jednym z jej narożników spod masywnej rustyki wyłania się fragment gładkiej ściany z inskrypcją "SCANDIVS / DD AR / FX / TAMRC +". Według tradycji rodzinnej Pniewskich można ją odczytać jako „Pnący się przebudował świątynię masonów i zamieszkał w niej”. W jakim to języku – tego niestety nie wiadomo. Doktor Czapla w tym fragmencie fasady znajduje analogię do "kamienia nie ociosanego" – symbolu profana w masońskim rytuale inicjacyjnym. Teoria ta wydaje się nad wyraz intrygująca. Nie rozwiązuje niestety prawdziwej istoty napisu. A może to zwykła podpucha?
Nic tu bowiem nie jest do końca pewne, przez co Willa Pniewskiego przybiera wieczorami widmowy kształt masońskiej loży, a trawy pobliskiego wąwozu pradawnej rzeki Żurawki szumią niczym szkockie wrzosowiska...

Zobacz to miejsce na mapie

Poczytaj o innych miejscach w Warszawie


Gabinet kosmiczny


Link | 06.02.09 | mok | (0)



Zobacz to miejsce na mapie


Na Siekierkach właśnie wybrali papieża


Link | 07.02.09 | mok | (1)



Zobacz to miejsce na mapie


Kolonia Posłów i Senatorów PPS na Grochowie


Link | 08.02.09 | prg płd | (2)



Wiele jest w Warszawie uroczych zakątków, w których odnajdujemy spokój i wytchnienie z domieszką pewnej satysfakcji, że dotarliśmy w nie przed japońskimi turystami. Dla mnie takim zakątkiem jest Kolonia Posłów i Senatorów PPS na Grochowie. Codzień mijaliśmy ją kiedyś w drodze do szkoły, nie zwracając jednak większej uwagi na fakt jej istnienia, bardziej zainteresowani zbieraniem kasztanów na jesieni, podpalaniem pyłków topoli, zaściełających latem pobliskie ulice gęstym dywanem, czy słodką hałką i oranżadą ze sklepiku pani Wandy. Dopiero dziś, wracając tu, widzę jak ważny składnik magicznej krainy dzieciństwa stanowi te kilka domków.
Kolonia Praussa, bo tak oficjalnie nazwano ją od nazwiska jednego z działaczy PPS, którzy ją tu dla samych siebie wybudowali, powstała w połowie lat 20. ubiegłego wieku w prostokącie ulic Chłopickiego, Boremlowskiej, Lubieszowskiej i Szaserów na dalekim Grochowie. Wtedy jeszcze bardzo dalekim, ale już coraz bardziej zbliżającym się do Warszawy. Na ten sam okres przypada bowiem puszczenie ulicą Grochowską tramwaju, który zastąpił przepełnione autobusy, wywracające się często na nierównych brukach dzielnicy. Wraz z tramwajem zawitał na Grochów także rozkwit budownictwa. Na miejscu drewnianych domków pojawiało się coraz więcej domków murowanych, a liczba mieszkańców podczas pięciu następnych lat podwoiła się, osiągając ponad 13 tysięcy. Zaraz przed wojną przekroczyła zaś 42 tysiące. Mimo to jeszcze przez długie lata Kolonia PPS położona była wśród pustkowia, na skraju, wyciętej częściowo na przełomie wieków, Olszynki Grochowskiej, gdzie sto lat wcześniej rozegrał się jeden z epizodów „warszawskich Termopili”, upamiętniony w nazwach tutejszych ulic. Ciekawostką jest fakt, że w całej okolicy tylko jedna z nich, biegnące środkiem kolonii Płowce, przemianowana została przez Niemców w czasie okupacji. Widać nie w smak było im wspomnienie o zwycięstwie Władysława Łokietka nad Krzyżakami w 1331 roku. Nowej nazwy Rasenstrasse (Trawnikowa) nikt oczywiście nie używał, a mieszkańcy willi czynnie angażowali się w konspirację. Były wśród nich takie postacie jak Kazimierz Pużak – mieszkający na Byczyńskiej 1 sekretarz generalny PPS-Frakcji Rewolucyjnej, przewodniczący rady AK na Starówce i jeden z szesnastu skazanch w procesie moskiewskim, czy Tomasz Arciszewski – zamieszkały przy Płowce 8 premier RP na uchodźtwie, usilnie zabiegający u samego Churchilla o zrzuty dla powstańczej Warszawy. Po wojnie ogródek Pużaka został dokładnie przekopany przez ubeków, prawdopodobnie w poszukiwaniu archiwów PPS-u. Spod ziemi posesji przy Byczyńskiej 3 pracownicy Muzeum Narodowego wykopali zaś zbiór cennych monet i medali Muzeum Mennicy ukryty tam w czasie okupacji. Ze znanych mieszkańców okolicy warto wymienić też Zygmunta Kubiaka, który wychował się w domu przy ulicy Szaserów, leżącym wprawdzie na terenie kolonii, ale do niej nie należącym.
Dziś Kolonia Posłów to, obok podobnych jej Kolonii Staszica, Żoliborza Oficerskiego i Urzędniczego, jedno z ostatnich miejsc, w których poczuć możemy peryferyjną atmosferę Kongresówki. To bowiem na architekturze jej dworków wzorowali się architekci dwudziestolecia międzywojennego dążący do stworzenia Narodowego Historyzmu (Stowarzyszenie Nigdy Więcej uspokajam, że chodzi tu o styl architektoniczny). Warto ją poczuć zanim jeszcze wtargną tu hordy deweloperów. Ulica Szaserów już straciła kocie łby, a jej gładką jezdnią sunie autobus, który zajął miejsce swojskich furmanek z węglem. Trochę szkoda..

Zobacz więcej zdjęć

Zobacz to miejsce na mapie


Prywaciarze


Link | 09.02.09 | mok | (4)







Neonizacja Puławskiej


Link | 10.02.09 | mok | (1)

















W szczytowym momencie było ich w Warszawie grubo ponad 1500. Dziś nieliczne, które się ostały otaczane są kultem przez miłośników kolorowych rurek. Organizuje się poświęcone im wystawy, wydaje o nich albumy, pisze rozprawy naukowe. Niektóre nawet się restauruje. Mimo to wciąż znikają jak grzyby na grzybobraniu. Peerelowskie neony.
Rozbłysnęły pod koniec lat 50. po Międzynarodowym Festiwalu Młodzieży, który pokolorował szarą powojenną Warszawę. Na przełomie lat 50. i 60. ich nieskoordynowany dotąd wysyp ujęto w karby przemyślanego i kompleksowego procesu "neonizacji" głównych ulic Śródmieścia oraz arterii wylotowych. Pieczę nad jego realizacją sprawowało specjalnie do tego celu powołane Biuro Naczelnego Plastyka Miasta.
Chyba najbardziej udanie "zneonizowano" ulicę Puławską. Wykonujące prace Stołeczne Przedsiębiorstwo Instalacji Reklam Świetlnych zgłosiło zapotrzebowanie na 12 kilometrów neonowych rurek! Prace rozpoczęto w 1971 roku. Jednak już wcześniej świeciło na Puławskiej całkiem sporo neonów - m.in. przedwojenny Czekolady E.Wedel na rogu Madalińskiego, kilka metrów dalej trzy różowe świnki reklamujące rzeźnika, jeleń-wizytówka sklepu z galanterią skórzaną Jelonek i SAM Spożywczy obok dzisiejszej Mozaiki, Teatr Guliwer u zbiegu z Różaną, Jubiler na Placu Unii, Ruch i Telewizory koło Skolimowskiej, PKO, WSS, Mister oraz Zabawki nieopodal Kina Moskwa i wreszcie samo Kino Moskwa. Po żadnym z nich nie ma już dziś niestety śladu. W latach 70. dołączyły do nich kolejne, z których kilka przetrwało do naszych czasów. Najpiękniej świeci niebieska Perfumeria vis a vis Willowej i odnowiona niedawno Mozaika obok Pałacyku Szustra. Wciąż wiszą, choć już nie płynie w nich neonowy gaz - Komis u wylotu Belgijskiej i Jedwab Wełna Bawełna na rogu Malczewskiego. Żeby je zobaczyć trzeba się jednak spieszyć. Ostatnio stare neony wyparowują bowiem z Puławskiej w ekspresowym tempie. Kilka lat temu zniknął Supersam, wraz z całym budynkiem, i Orion, po którym pozostał dziś jedynie zarys nad wejściem do lumpeksu u zbiegu Puławskiej z Olesińską, kilka miesięcy temu Konfekcja damska na rogu Belgijskiej, kilka tygodni temu Drogeria naprzeciwko Mozaiki, a dosłownie przed kilkoma dniami Obuwie męskie i damskie między Odyńca i Malczewskiego. Te trzy ostatnie udało mi się jeszcze uwiecznić na kliszy...
Warto też wspomnieć o niezrealizowanych projektach neonów, które wiążą się ze wspomnianym wcześniej Supersamem. Przed wejściem do niego stanąć miała pionowa konstrukcja – stelaż na świetlne reklamy. Podobną funkcję miała pełnić również ściana w górnych partiach budynku. Pomysły te wyparowały jednak jak neonowy gaz z rozbitej świetlówki.
Do dawnych neonów próbują nawiązywać współczesne - Guliwer, Ciuchy, Riviera - ale to już tylko cień dawnej neonowej świetności ulicy Puławskiej, której blask niestety powoli gaśnie.

PS. A może ktoś pamięta jeszcze jakieś inne neony z Puławskiej?


Kurort


Link | 11.02.09 | śró płn | (0)




Farbiarnia, Hoża 70


Link | 12.02.09 | śró płd | (4)



Warszawskie podwórka kryją w sobie wiele perełek. Trzeba tylko udać się na ich połów. Kolejnym po Pięknej 44 (Willa Struvego) wartym odkrycia adresem jest Hoża 70.
Gdy tylko przekupimy domofonowego Cerbera naszym oczom ukaże się... domek dla lalek ukryty na dnie podwórkowej studni. Lalki nigdy w nim jednak nie mieszkały. Przed wojną miała tu natomiast siedzibę jedna z pierwszych dekatyzowni i farbiarni chemicznych Hipolita Majewskiego, do którego należało także słynne Warszawskie Laboratorium Chemiczne, czyli wytwórnia kosmetyków i mydła z nieistniejącą już fabryką u zbiegu Złotej i dzisiejszej Alei Jana Pawła II. Obecnie w domku na Hożej mieści się Spółdzielnia Pracy Kobiet, nawiązująca poniekąd do przedwojennych tradycji tego miejsca.
Sam domek wzniesiono około 1910 roku na tyłach kamienicy Abrama Szajnberga, powstałej pod koniec XIX wieku na fali zabudowy wytyczonego niewiele wcześniej odcinka Hożej między dzisiejszymi ulicami Poznańską i Chałubińskiego. Najprawdopodobniej dopiero potem otoczono go wysokimi oficynami, przez co do ściany tylniej z nich dolepić musiano komin ciągnący się na wysokość kilku pięter i osnuwający dymem okolicę, słynącą dawniej z hożych (sic!) sadów, a wówczas już coraz bardziej mieszczańską i przemysłową. Jedną z pamiątek po tamtych czasach jest ten niepozorny domek.

Zobacz to miejsce na mapie

Poczytaj o innych miejscach w Warszawie


Puławska od kuchni


Link | 13.02.09 | mok | (0)



Zobacz to miejsce na mapie

E.U.R.


Link | 14.02.09 | świat | (2)




Smok z Zamienieckiej


Link | 15.02.09 | prg płd | (2)



Matki Boskie we wszystkich odmianach, niewinne aniołki, a nawet sam święty Ekspedyt czuwają z wysokości fasad nad grochowskimi kamieniczkami. Najbardziej niezwykły i tajemniczy z tych strażników wydaje się jednak smok strzegący domu na rogu Zamienieckiej i Sulejkowskiej. Co symbolizuje? Skąd się tu wziął? I kiedy?
Wiemy, że sama kamieniczka jest najprawdopodobniej przedwojenna, na co wskazuje oznaczenie jej jako stosunkowo dobrze zachowanej na mapie wojennych zniszczeń Warszawy, a także latarenka adresowa z napisem o czcionce typowej dla Dwudziestolecia.
Nie wiemy natomiast kiedy dokładnie pojawił się na jej ściętym narożniku ów smok. Według przekazów starych mieszkańców znajdował się tu już w latach 50. Czy był tu jednak jeszcze przed wojną? Raczej nie, jeśli za prawdziwą uznamy jedną z krążących wersji tłumaczących jego pochodzenie. Według niej tym swoistym gmerkiem ozdobić mieli fasadę kwaterowani tu już za komuny pracownicy Wytwórni Papierów Wartościowych. Smok, a właściwie gryf, jest bowiem symbolem poligrafii. I tu kółko zdaje się zamykać.
Na upartego wysnuć możemy jednak jeszcze inną teorię. Na grochowskim forum Gazety Wyborczej, gdzie starano się zgłębić historię płaskorzeźby, odnaleziono analogię między potworem z Zamienieckiej a bardzo do niego podobnym smokiem z herbu Garwolina. Wbrew pozorom hipoteza ta nie musi być aż tak karkołomna, jak się z początku wydaje. Przed wojną nazwy okolicznych uliczek często nadawane były bowiem przez zasiedlających Grochów przybyszów z różnych części kraju na cześć ich rodzinnych miejscowości. Jarocińska, Szczawnicka, Kutnowska. Jest i Garwolińska! Wprawdzie oddalona kawałek od Zamienieckiej, ale być może i tu zabłąkali się jacyś przybysze z tego mazowieckiego miasteczka.
Próby wysnucia rodowodu smoka od herbu lokalnego klubu sportowego Drukarz już się nie podejmuję. I tak mamy tu wystarczająco dużo tajemnic. Skromna mitologia Grochowa na pewno na tym nie straci.

Zobacz to miejsce na mapie

Poczytaj o innych miejscach w Warszawie


Usługi


Link | 16.02.09 | och | (3)



Zobacz to miejsce na mapie


Pałac Kultury


Link | 17.02.09 | śró płn | (2)



Port Praski, Rondo Wiatraczna, zbieg Puławskiej i Waryńskiego - te lokalizacje też wchodziły w grę. Niestety wybrano nieco bardziej eksponowaną, a właściwie najbardziej eksponowaną z możliwych. Aby mógł ziścić się ów "sen szalonego cukiernika", musiano wykwaterować stąd 3,5 tysiąca mieszkańców i wywieźć 500 tysięcy metrów sześciennych gruzu ze zburzonych domów, czyli tyle, ile zmieściłoby się w 50 tysiącach tirów.
Skoro jednak już tu stoi, to napiszmy o nim kilka słów.
Do budowy Pałacu Kultury zużyto 40 milionów cegieł. Można zatem powiedzieć, że każdy Polak ma tu swoją cegiełkę, a każdy warszawiak ma ich aż 25. Jest tu 3288 pomieszczeń. Na każdego radzieckiego budowniczego przypada więc prawie jedno z nich, a do tego ponad 5 żyrandoli. Kable i rury wyprute z jego bebechów połączyłyby Warszawę z Rzymem i jeszcze by trochę zostało, pewnie gdzieś tak do Neapolu. Marmury zdobiące wnętrza pochodzą z Gruzji, Ukrainy, Dolnego Śląska i Kielecczyzny. Niektóre zaś zrobione są z gipsu... Otaczające go rzeźby oraz płytki ceramiczne, którymi obłożono fasady, wyprodukowano w Azeryjskiej Fabryce Ceramiki im. Wszechzwiązkowego Komsomołu, specjalnie do tego celu zbudowanej w Estonii. Drzewa w pobliskim parku przesadzono m.in. z Wrocławia, Szczecina i Lublina. Na samym budynku rosną zaś jabłonie, śliwy, pomidory i 114 gatunków innych roślin. Zasiewają je głównie turyści, plujący pestkami z tarasu widokowego. Z tego samego tarasu skakało już ośmiu samobójców. Mieszkają tu też i prawdziwe ptaki. Najsłynniejsze z nich to sokoły wędrowne. W podziemiach gmachu urzęduje ponadto około dwudziestu kotów, dbających o deratyzację.
W pałacu jest jeszcze milion innych fajnych rzeczy. Zapomniano tylko o silnikach odrzutowych, żeby mógł w końcu wystartować...

Zobacz to miejsce na mapie


Zagadka nr. 57


Link | 18.02.09 | wol | (2)



- Co to?
- Pomnik Sowińskiego. (Hrabia_Piotr)

Zobacz to miejsce na mapie


Zapach Warszawy (XVI Akcja GTWb - Zmysły)


Link | 19.02.09 | mix | (21)



Zapach miasta. Niby go nie widać, a jednak ciężko zaprzeczyć, że istnieje. Niektórzy tworzą z niego dzieło sztuki. Inni robią na nim pieniądze. Marcel Duchamp zamknął w szklanej bańce powietrze z Paryża. Berlin reklamował się jako "miasto, które ładnie pachnie", sprzedając w formie suweniru powietrze z Alexanderplatz. Amerykańska firma perfumeryjna Bond no.9 wypuściła na rynek serię dwudziestu siedmiu zapachów inspirowanych ulicami i dzielnicami Nowego Jorku.
A Warszawa? Jak pachnie Warszawa? Pewnie dla każdego inaczej. Dla mnie inaczej pachnie też każde jej miejsce.
Na Kamionku, a dawniej i na Powiślu, unosi się słodkawo-mdła woń płynąca z fabryki czekolady. Sąsiedni Grochów pachnie starą zabudową, nie wietrzoną przeciągami wojennych zniszczeń. Gdzieniegdzie jeszcze dymem z komina lub spalanych liści. Tak pachnie zresztą większość przedmieść. Na Centralnym mieszają się wszystkie najgorsze zapachy miasta. W Metrze zaś wciąż czuć sterylny powiew nowości i suchego, zimnego wiatru, wiejącego z tuneli wszystkich podziemnych kolejek świata. Bezwonne przeciągi omiatają szerokie aleje i rozległe osiedla. Na cmentarzach pachnie deszczem, a w starych kościołach święconą wodą i butwiejącymi ławkami. Zapach siarki unosi się nad Placem Krasińskich po honorowej salwie na corocznym apelu poległych Powstańców i nad stadionem Legii po odpaleniu na trybunach rac. Mają swój zapach także chłodne poranki na Starówce, letnie popołudnia w pustawym Śródmieściu i parne wieczory na Saskiej Kępie.
Jest więc coś w słowach warszawskiego piłkarza Dariusza Dziekanowskiego, który, grając chwilowo w Widzewie, powiedział: "Łódzkie powietrze mi zaszkodziło i kiedy tylko mijam tabliczkę z napisem Warszawa, natychmiast otwieram okno samochodowe, aby nasycić się świeżym powietrzem".


Wujek Dobra Rada


Link | 20.02.09 | wol | (4)







Zobacz to miejsce na mapie


Tajemnicza różowa rurka


Link | 22.02.09 | żol | (0)



Zobacz to miejsce na mapie


Oficyny, Puławska 31 i 33


Link | 22.02.09 | mok | (6)









Śpią oparte plecami o siebie niczym strudzeni wędrowcy odpoczywający w cieniu podwórek ulicy Puławskiej. Dwa budyneczki ukryte na tyłach kamienic numer 31 i 33 faktycznie dużo bowiem przeszły. Pamiętają jeszcze czasy przedwojenne. Dziś opuszczone i zaniedbane obracają się w ruinę.
Ozdobne rozety w neogotyckich zwieńczeniach okien pierwszego z nich zdradzają ślady dawnej świetności. Przed wojną mieszkał w nim właściciel parceli, którą od ulicy Puławskiej zamykał parterowy budynek z kominem, mieszczący piekarnię Spółdzielni "Ziarno". Na samej Puławskiej znajdowały się jeszcze dwa inne jej sklepy - nieopodal Dworkowej i na rogu Racławickiej. Według mieszkańców stojącej dziś w miejscu piekarni powojennej kamienicy, domek na podwórku zamieszkany był jeszcze w latach 60., a "za jeden kafel z jego pieca można by dziś dostać majątek". Z czasem zaczął jednak podupadać. W latach 90. przewinął się przez niego jeszcze ośrodek dla narkomanów, ale poza tym robił głównie za melinę. Dziś po kaflowym piecu nie ma już śladu.
Domek na sąsiednim podwórku też zabito na głucho dechami. Nie ustępuje on towarzyszowi niedoli ani wiekiem, ani ilością instytucji, których siedziby mieścił. Zaczynał w latach 20. jako oficyna eleganckiej kamienicy rejenta Jasińskiego - spekulanta budowlanego spod Garwolina. Nowocześnie urządzony służył jako garsoniera dla kawalerów. Później mieściła się tu prywatna szkoła powszechna oficerowej Tobołcowej. A po wojnie m.in. harcówka, Dzielnicowa Rada Narodowa i biblioteka. Jak powiedziała mi pani dozorczyni swego czasu byli tu też "chorzy". Chodziło pewnie o narkomanów z sąsiedniego podwórka, co sugerowałoby, że oba budyneczki mogą być ze sobą połączone. Na pewno zaś kryją w sobie tajemne korytarze wydrążone w zalegających wnętrza stertach śmieci. Takie czasy, nie elegancja Francja...

Zobacz to miejsce na mapie

Poczytaj o innych miejscach w Warszawie


Zagadka nr. 58


Link | 23.02.09 | żol | (6)



- Gdzie świeci (nocą) ten neon?
- Na Placu Wilsona. (Hrabia_Piotr)

Zobacz to miejsce na mapie


Bajka o drewnianym żołnierzyku


Link | 24.02.09 | mok | (0)



Zobacz to miejsce na mapie


Sprawdzono, min nie ma


Link | 25.02.09 | mix | (2)



Zobacz to miejsce na mapie



Zobacz to miejsce na mapie



Zobacz to miejsce na mapie



Zobacz to miejsce na mapie



Zobacz to miejsce na mapie



Zobacz to miejsce na mapie



Zobacz to miejsce na mapie

"Dom sprawdzono min nie ma", "Dom pszepatszony (sic!) min nie ma Żygajło", "Dom rozminowany Borowicz", "Sprawdzono min nie znaleźlim", a nawet "Sprawdzin min nieznalezju" czy lakoniczne "Min niet". Setki takich napisów zdobiły po wojnie warszawskie mury. Graffiti te zostawiły po sobie polskie i radzieckie brygady saperskie, biorące udział w akcji rozminowywania gruzów stolicy. Po upadku Powstania Niemcy naszpikowali bowiem miasto, a raczej to co z niego zostało, dziesiątkami tysięcy ładunków wybuchowych, od min przeciwczołgowych począwszy, na minach-wiecznych piórach skończywszy. Ładunki wybuchowe znaleziono nawet w rosnących na stokach Cytadeli główkach kapusty... W ciągu kilku miesięcy saperzy sprawdzili około czterech tysięcy domów, usuwając ponad 100 tysięcy min, bomb lotniczych, pocisków artyleryjskich i granatów. Zginęło przy tej pracy około 50 żołnierzy.
Do dziś po całej akcji pozostało jeszcze kilkanaście napisów na ścianach starych kamienic Mokotowa, Ochoty i Śródmieścia. Najsłynniejsze z nich to te na Wawelskiej 60, Grójeckiej 41 i Narbutta 3A - wszystkie trzy zabezpieczone pleksi. Lepiej lub gorzej zachowane znajdują się też na ścianie szpitala dziecięcego przy Litewskiej 14, na Pięknej 3, Hołówki 3, Willowej 6 (od strony Chocimskiej), Skolimowskiej 3, Klonowej 12, Gimnastycznej 3 czy Białobrzeskiej 39. Napisy te tropią bywalcy internetowego forum www.werttrew.fora.pl, zazdrośnie strzegąc jeszcze kilku innych lokalizacji.
Niestety saperskie inskrypcje znikają ostatnio w tempie peerelowskich neonów. Dlatego chcąc zobaczyć na żywo wymienione wcześniej napisy, warto się pospieszyć, by zdążyć tam przed kwaśnymi deszczami i murarzami.

Zobacz też "Sprawdzono, min nie ma" część 2


Stary Stary Mokotów cz.1


Link | 26.02.09 | mok | (2)
















Stary Stary Mokotów cz.2


Link | 27.02.09 | mok | (3)












Stary Stary Mokotów cz.3


Link | 28.02.09 | mok | (0)







fb | fr

indeks
mapa

2017
2016
2015
2014
2013
2012
2011
2010
2009
12
11
10
09
08
07
06
05
04
03
02
01
2008
2007
2006

mok
och
pow
prg płd
prg płn
str mst
śró płd
śró płn
wol
żol
mix
świat

zły
budapast
neony
street


made in warsaw
© paweł kozdrowicz
pkozdrowicz@gmail.com

<< | >>